Przełom stycznia i lutego upłynął na wywracaniu budżetowego worka na drugą stronę i szukaniu oszczędności. Powodem „wietrzenia” państwowej kasy były doniesienia o ogromnych długach resortu obrony, choć się we znaki dał także kryzys gospodarczy powoli docierający do Polski. Premier zażądał od wszystkich ministrów cięć na łączną sumę 17 miliardów złotych. Na indywidualnych rozmowach z każdym ministrem omawiał zmniejszanie wydatków w poszczególnych resortach.
Trwał wokół tego poszukiwania gotówki szum medialny. Było publiczne ruganie ministra Klicha za zbyt małe cięcia (i plotki o jego ewentualnej dymisji). Mieliśmy konferencje prasowe wszystkich ministrów zdających szczegółowe relacje z poczynionych oszczędności i podsumowujące wystąpienia premiera. Media dodatkowo podsycały atmosferę „szukania pieniędzy” obszernie relacjonując planowane cięcia na wykresach, tablicach i grafikach.
Jaki to wszystko przyniosło efekt? Z pozoru żaden, gdyż premierowi nie udało się zabrać pożądanej kwoty. Tusk jednakże odniósł sukces na innej płaszczyźnie. A jakże, popisał się świetnym PR. Wrażenie po publicznym szukaniu pieniędzy zostało pozytywne. Premier jest odważny, zaradny, surowy i solidny gospodarz. Walczy z kryzysem.
Tylko co z tego, gdy tak naprawdę znów zabiera się do wszystkiego od dupy strony?
Po pierwsze, uzyskane oszczędności mają znikomy wpływ na gospodarkę stojącą w obliczu co najmniej recesji, albo kryzysu. Po drugie, ekonomiści w większości twierdzą, że nie należy teraz pod żadnym pozorem wyhamowywać gospodarki (a cięcia to spowodują). Paradoksalnie twierdzą wręcz, że trzeba się jeszcze bardziej zadłużyć, ale przez to wpompować więcej pieniędzy w gospodarkę. Wszystko po to, żeby rozruszać i pobudzić krajowy rynek. Po trzecie wreszcie, gdyby chcieć choć trochę powalczyć z nadciągającą recesją, nie ma w Polsce lepszej metody do rozruszania gospodarki niż obniżenie podatków (A nie jak sugerują „mózgi” z SLD, żeby je podwyższać! Cóż, to socjaliści, a nie ludzie:), uproszczenie procedur administracyjnych, usunięcie barier urzędowych i likwidacja koncesjonowania wielu gałęzi gospodarki. Premier tego nie robi, bo woli łatwiejszą drogę do publicznego poklasku - PR.
Dla dobrego wizerunku premier zdymisjonował też ministra Ćwiąkalskiego. Spowodowały to oczywiście zatrważająco dziwne samobójstwa skazanych za uprowadzenie i zabójstwo Krzysztofa Olewnika. Ćwiąkalski zamiast przyznać, że coś jest cholernie nie tak, skoro z ośmiu podejrzanych (a siedmiu skazanych) trzech już nie żyje, zaczął bredzić o tym, jak niewielki odsetek więźniów popełnia w Polsce samobójstwa. Całe to zajście spotkało się z szalenie negatywną reakcją mediów i społeczeństwa, dlatego też Tusk nie myśląc długo zdymisjonował ministra. Znów sukces medialny. Premier jest na miejscu, czuwa nad sprawiedliwością.
Los potrafi być jednak okrutny. Tusk chciał „błysnąć” po raz kolejny… Choć wiele znanych osobistości odmówiło premierowi, a ten zdawał się być już w kropce z powodu braku dobrego kandydata, to nagle powołał nowego ministra sprawiedliwości. Okazał się nim być znany opozycjonista, Andrz
ej Czuma. O życiorysie, jak głosiła PO-wska propaganda, „kryształowo uczciwym”. „Błyśnięcie” nie całkiem się udało. Dziennikarze bowiem dogłębnie zbadali życiorys nowo powołanego ministra. Znaleźli parę ciekawych informacji. Czuma okazał się być człowiekiem z dziwnymi długami zaciągniętymi (rzekomo spłaconymi) podczas pobytu w USA. Co gorsza, zaczął on w ministerstwie szerzyć nepotyzm. Do tego doszły szokujące wypowiedzi na temat władz Pakistanu, problemy z zeznaniem majątkowym i zasiadaniem w zarządzie spółki swojego syna. Całkiem sporo, jak na trzy tygodnie ministrowania. Oczywiście Tusk i spółka wzięli w obronę Czumę (bo co innego mieli zrobić?!) i twierdzili, że na ministra zaczęła się medialna nagonka (sic!).
Morał z tego taki, że ślepe posługiwanie się PR i podejmowanie decyzji w perspektywie tylko i wyłącznie rosnących słupków poparcia to działanie dramatycznie głupie, chciwe, nastawione na tymczasowy zysk i z gruntu szkodliwe!
Kto otrzeźwieje pierwszy: naród czy premier?
Po pierwsze, uzyskane oszczędności mają znikomy wpływ na gospodarkę stojącą w obliczu co najmniej recesji, albo kryzysu. Po drugie, ekonomiści w większości twierdzą, że nie należy teraz pod żadnym pozorem wyhamowywać gospodarki (a cięcia to spowodują). Paradoksalnie twierdzą wręcz, że trzeba się jeszcze bardziej zadłużyć, ale przez to wpompować więcej pieniędzy w gospodarkę. Wszystko po to, żeby rozruszać i pobudzić krajowy rynek. Po trzecie wreszcie, gdyby chcieć choć trochę powalczyć z nadciągającą recesją, nie ma w Polsce lepszej metody do rozruszania gospodarki niż obniżenie podatków (A nie jak sugerują „mózgi” z SLD, żeby je podwyższać! Cóż, to socjaliści, a nie ludzie:), uproszczenie procedur administracyjnych, usunięcie barier urzędowych i likwidacja koncesjonowania wielu gałęzi gospodarki. Premier tego nie robi, bo woli łatwiejszą drogę do publicznego poklasku - PR.
Dla dobrego wizerunku premier zdymisjonował też ministra Ćwiąkalskiego. Spowodowały to oczywiście zatrważająco dziwne samobójstwa skazanych za uprowadzenie i zabójstwo Krzysztofa Olewnika. Ćwiąkalski zamiast przyznać, że coś jest cholernie nie tak, skoro z ośmiu podejrzanych (a siedmiu skazanych) trzech już nie żyje, zaczął bredzić o tym, jak niewielki odsetek więźniów popełnia w Polsce samobójstwa. Całe to zajście spotkało się z szalenie negatywną reakcją mediów i społeczeństwa, dlatego też Tusk nie myśląc długo zdymisjonował ministra. Znów sukces medialny. Premier jest na miejscu, czuwa nad sprawiedliwością.
Los potrafi być jednak okrutny. Tusk chciał „błysnąć” po raz kolejny… Choć wiele znanych osobistości odmówiło premierowi, a ten zdawał się być już w kropce z powodu braku dobrego kandydata, to nagle powołał nowego ministra sprawiedliwości. Okazał się nim być znany opozycjonista, Andrz
ej Czuma. O życiorysie, jak głosiła PO-wska propaganda, „kryształowo uczciwym”. „Błyśnięcie” nie całkiem się udało. Dziennikarze bowiem dogłębnie zbadali życiorys nowo powołanego ministra. Znaleźli parę ciekawych informacji. Czuma okazał się być człowiekiem z dziwnymi długami zaciągniętymi (rzekomo spłaconymi) podczas pobytu w USA. Co gorsza, zaczął on w ministerstwie szerzyć nepotyzm. Do tego doszły szokujące wypowiedzi na temat władz Pakistanu, problemy z zeznaniem majątkowym i zasiadaniem w zarządzie spółki swojego syna. Całkiem sporo, jak na trzy tygodnie ministrowania. Oczywiście Tusk i spółka wzięli w obronę Czumę (bo co innego mieli zrobić?!) i twierdzili, że na ministra zaczęła się medialna nagonka (sic!).Morał z tego taki, że ślepe posługiwanie się PR i podejmowanie decyzji w perspektywie tylko i wyłącznie rosnących słupków poparcia to działanie dramatycznie głupie, chciwe, nastawione na tymczasowy zysk i z gruntu szkodliwe!
Kto otrzeźwieje pierwszy: naród czy premier?
gooral